Autopilot, który wygrywał – do czasu większej stawki
Zadawał jedno pytanie, po którym na spotkaniu zapadała cisza. Myślał szybko. Mówił wprost. Był jak taran. I długo właśnie za to dostawał uznanie.
Do czasu jednego projektu w nowej firmie. Wysoka stawka i spore ryzyko. Do tego bardziej złożone relacje.
I nagle narzędzia, które wcześniej dawały mu przewagę, zaczęły działać przeciwko niemu. Argumenty przestały trafiać. Ludzie nie chcieli słuchać. W ich oczach był atakujący. Zbyt bezpośredni. Zbyt szybki. Zbyt pewny swoich racji.
Można byłoby pomyśleć, że to kwestia innej kultury organizacyjnej. To jednak nowy poziom odpowiedzialności odsłonił coś, czego wcześniej nie było widać.
Logika podpowiadałaby, żeby szukać odpowiedzi na pytania: co zmienić, jak skuteczniej wpływać na ludzi, jak zdobyć sojuszników.
Tylko że rozwiązanie nie leżało w technice rozmowy. Ujawniło się dopiero w tym, co nie padło wprost.
Co dzieje się pod powierzchnią
Na powierzchni rozmawialiśmy o celach, oczekiwaniach i sposobie pracy. Pod powierzchnią działało coś, co później okazało się kluczowe.
Jego energia wypełniała całą przestrzeń. Wyglądało to tak, jakby jego system cały czas sprawdzał teren: Czy mam przewagę? Czy muszę się bronić? Jeszcze nie wiedział, czy ma we mnie sprzymierzeńca. Więc ustawiał pozycję.
Trudno było wejść w prawdziwy dialog. Jakby rozmowa nie była wymianą, tylko pojedynkiem.
Z czasem stało się jasne, że podobny mechanizm uruchamiał się również w projekcie.
Tyle że ludzie, z którymi współpracował, mieli własne cele, ambicje i często mocniejszą pozycję.
Odpowiadali nie tylko na jego słowa. Odpowiadali też na napięcie, które wyczuwali, nawet jeśli nikt go nie nazwał. Kontratakowali albo stawiali twardy opór, odpierając jego styl bez taryfy ulgowej.
Dlaczego to nie jest kwestia komunikacji
Czasem największym progiem w rozwoju nie jest brak wiedzy, doświadczenia ani zdolności. Czasem jest nim autopilot, który przy niższej stawce dało się jeszcze utrzymać w ryzach, ale przy większej odpowiedzialności zaczyna przejmować stery.
Może uruchamiać różne programy. Ten obronny mógłby brzmieć tak: „Broń się. Udowodnij. Nie odpuszczaj. Musisz mieć rację. Jeśli nie przejmiesz kontroli, stracisz pozycję”.
I tutaj nie chodzi o deficyt kompetencji. Nie chodzi o jakąś metodę komunikacji ani o nowy skrypt rozmowy. I zupełnie nie chodzi o to, żeby stać się bardziej „miękkim” w relacjach.
Nie musiał się niczego nauczyć. Potrzebował uznać, że nie musi się już bronić.
Kiedy funkcjonujemy w nadmiernej czujności, często najpierw potrzebujemy zobaczyć, że w ogóle jesteśmy w obronie. Wtedy pojawia się przestrzeń na zupełnie inny rodzaj wpływu. Nie przez dociskanie, udowadnianie ani wygrywanie każdej wymiany zdań. Tylko przez kontakt, który nie musi być walką.
Jak rozpoznać własny autopilot
Autopilota rzadko widać w chwili, kiedy się uruchamia. Widać za to ślady, które zostawia: dystans, który zjawia się po rozmowie bez wyraźnego powodu. Ktoś się wycofuje, chociaż jeszcze przed chwilą był otwarty. Zostaje napięcie, którego nie potrafisz nazwać. I to zdanie, które wraca: „przecież nie o to mi chodziło”.
Dopiero potem warto cofnąć taśmę i sprawdzić:
Co wydarzyło się tuż przed tą reakcją — co ktoś powiedział albo zrobił?
Co pojawiło się automatycznie: przyspieszenie, dociskanie, tłumaczenie się, atak, wycofanie, przejmowanie kontroli?
I jak zareagowali inni, kiedy to się pojawiło?
Ten moment — kiedy wyłapiesz ślad, nazwiesz sytuację i zobaczysz reakcję — jest punktem wyjścia, z którego możesz zacząć odzyskiwać wybór.
Jeśli czujesz, że warto temu się przyjrzeć nie tylko samodzielnie, zapraszam Cię do rozmowy.

