Syndrom oszusta: problem nie leży tam, gdzie próbowałaś go rozwiązać

Dlaczego syndrom oszusta nie odpuszcza, mimo że próbowałaś już niejedno. 

Czytałaś książki. Robiłaś kursy. Chodziłaś na szkolenia z wystąpień publicznych, asertywności, zarządzania stresem, budowania pewności siebie. Uczyłaś się technik komunikacji. Zapisywałaś afirmacje. Próbowałaś „myśleć pozytywnie”.

I nadal jest.

Jeśli masz poczucie, że próbowałaś już naprawdę dużo — i zastanawiasz się, co jest nie tak, że to wciąż wraca — to nie jest pytanie o brak starań. To jest pytanie o poziom, na którym działa ten mechanizm.

Skąd się bierze syndrom oszusta?

Nie ma jednej przyczyny. U różnych kobiet ten wzorzec powstaje inaczej.[czym właściwie jest syndrom oszusta i skąd wiadomo, że to nie tylko brak pewności siebie pisałam tutaj].  

Bardzo często łączy się jednak z historiami, w których miłość, uznanie, bezpieczeństwo albo przynależność były w jakiś sposób powiązane z osiąganiem — z byciem najlepszą, nie sprawianiem problemów, spełnianiem oczekiwań. Czasem chodziło o bycie dzielną i odpowiedzialną. Czasem po prostu o to, żeby być pomocną albo perfekcyjną.

Jeśli przez długi czas czułaś, że musisz dobrze wypadać, mogłaś nauczyć się jednego: „Moja wartość zależy od tego, jak sobie radzę”.

Nie zawsze musiało to być wypowiedziane wprost.

Czasem wystarczyło środowisko, w którym doceniano głównie sukcesy, a o emocjach, odpoczynku czy błędach się nie rozmawiało.
Dom, w którym porażka była zawstydzana.
Szkoła, w której bycie dobrą uczennicą dawało poczucie bezpieczeństwa.
Praca w kulturze, gdzie kobieta musi być dwa razy lepiej przygotowana, żeby potraktowano ją równie poważnie.

Wieloletnie funkcjonowanie w roli „tej, która dowozi, „tej, która ogarnia „tej, na której można polegać.

W pewnym momencie ta strategia zaczyna działać automatycznie.

Sukces nie jest już czymś, co można przyjąć.
Staje się czymś, co trzeba natychmiast zabezpieczyć kolejnym wysiłkiem.

Dlaczego kolejny dyplom nie rozwiązuje problemu

Wiele kobiet próbuje poradzić sobie z syndromem oszusta przez dokładanie kompetencji. Jeszcze jedna specjalizacja. Jeszcze jedno szkolenie. Jeszcze kolejny projekt, zanim sięgnę po awans.

Rozwój jest wartościowy. Problem zaczyna się wtedy, gdy rozwijasz się nie z ciekawości, tylko z lęku, że jeszcze nie wystarczasz. Wtedy każde kolejne doświadczenie daje krótką ulgę, ale nie zmienia rdzenia.

Przez chwilę myślisz: „teraz będę spokojniejsza”. A potem pojawia się nowe wyzwanie i stary głos wraca: „następnym razem będzie trudniej”.

Bo syndrom oszusta nie pyta tylko o wiedzę.

Pyta o prawo do zajmowania miejsca.
O prawo do mówienia: „to jest moja praca”.
O prawo do przyjmowania sukcesu bez natychmiastowego pomniejszania go.
O prawo do niedoskonałości bez poczucia, że jedna pomyłka unieważnia całą Twoją wartość.

Możesz mieć więcej certyfikatów, więcej doświadczenia, więcej wyników — i nadal czuć, że to jeszcze za mało. Nie dlatego, że naprawdę jesteś za mało kompetentna. Tylko dlatego, że problem leży gdzie indziej.

Wiesz, że jesteś kompetentna. I to nic nie zmienia 

Możesz logicznie wiedzieć, że masz kompetencje.

A mimo to ciało reaguje napięciem, kiedy masz zabrać głos na spotkaniu. Wewnętrzny krytyk nadal podważa Twoje decyzje.
Stary schemat nadal uruchamia perfekcjonizm, odwlekanie albo zadowalanie innych.

Mówisz sobie: „przecież wiem, że umiem”.
Ale w stresującej sytuacji czujesz coś innego.
Mówisz sobie: „nie muszę być perfekcyjna”.
Ale i tak poprawiasz prezentację do późna.
Mówisz sobie: „mam prawo zabrać głos”.
Ale na spotkaniu milkniesz, bo ktoś bardziej pewny siebie mówi pierwszy.

To nie znaczy, że z Tobą jest coś nie tak.

To coś w Tobie pilnuje, żebyś się nie odsłoniła za bardzo.

Kiedyś — może w dzieciństwie, może w pierwszej pracy, czasem po jednej konkretnej sytuacji, w której zostałaś zawstydzona — Twój system nauczył się, że pokazanie się taką, jaka jesteś, kończy się stratą.
Krytyką.
Wyśmianiem.
Wycofaniem czyjejś bliskości.

Więc zbudował strategię.

Nie pokażę się, dopóki nie będę dopracowana w 110%. Czasem to wygląda inaczej: wezmę więcej, niż muszę, żeby nikt nie miał się do czego przyczepić. Albo po prostu się nie odezwę — żeby nie palnąć głupstwa.
[Te trzy strategie ochronne  opisałam tutaj].

Dziś, z perspektywy dorosłej kobiety, to wygląda jak sabotaż.
Bo blokuje awanse, męczy, zabiera energię.

Z perspektywy tej części Ciebie, która tę strategię kiedyś wymyśliła, to wygląda jak ratunek. Bo gdybyś się odsłoniła i ktoś by Cię zranił, byłoby gorzej niż teraz.

I dlatego logiczne argumenty tego nie ruszają.

„Przecież jestem kompetentna” nie przekonuje tej części, bo ona w ogóle nie rozmawia o kompetencjach. Ona rozmawia o bezpieczeństwie.

Ten mechanizm nie odpuszcza dlatego, że usłyszy rozsądny argument. Odpuszcza wtedy, kiedy dostaje dowód, że może być inaczej. 

Nie argument — bo argumenty już słyszał.

DOWÓD. Czyli sytuację, w której robisz coś niedopracowanego, ktoś się nie zgadza — i nic strasznego się nie dzieje.

Justyna, menadżerka zespołu w branży IT, długo nie stawiała granic — raz spróbowała i dostała w odpowiedzi agresję, więc wolała ustępować. W pracy indywidualnej zaczęła robić właśnie to, czego się bała: mówić „nie”, proponować własne rozwiązania, rozmawiać z zespołem jak partnerka. Świat się nie zawalił. Pierwszy raz od lat poczuła spokój, nie napięcie.

Co zamiast walki z syndromem oszusta

Syndrom oszusta nie jest wrogiem, chociaż na takiego wygląda. Jest starym systemem ochronnym, który kiedyś miał Cię zabezpieczać.

Miał sprawić, że będziesz ostrożna. Nie narazisz się na ocenę. Nie popełnisz błędu. Nie zostaniesz zawstydzona. Nie stracisz akceptacji.

Tylko że dziś ten sam system, który kiedyś pomagał przetrwać, zaczyna ograniczać Twoje życie zawodowe. Nie pozwala Ci w pełni przyjąć miejsca, które już zajmujesz. Odpocząć po sukcesie. Przestać się starać — nawet wtedy, gdy zrobiłaś już więcej, niż było trzeba. Uznać, że to, co właśnie skończyłaś, było wystarczające. Mówić własnym głosem bez sprawdzania, czy wszystkim będzie wygodnie. Być widoczną bez poczucia zagrożenia.

Dlatego praca z syndromem oszusta nie polega na dodaniu odwagi. Ani na lepszym myśleniu o sobie.

Polega na czymś głębszym i bardziej cielesnym — na tym, żeby Twój układ nerwowy w końcu przyjął, że nie musi już Cię chronić w taki sposób, w jaki chronił dotąd.

Ta praca nie dzieje się tylko w głowie. Dzieje się gdzieś głębiej — tam, gdzie przez lata części Ciebie uczyły się, jak Cię chronić. I to dziś trzeba spotkać inaczej.

Nie są problemem do wyeliminowania — wciąż próbują Ci pomagać, tylko metodami, które już nie działają.

W mojej pracy ten proces ma nazwę — Model Wewnętrznej Sprawczości. Sięgam tam, gdzie kończy się logika. Do ciała. Do układu nerwowego. Do emocji, które nie pytają o pozwolenie. Do podświadomych zapisów i części, które nauczyły się chronić Cię, zanim jeszcze umiałaś to nazwać.

Bo część problemu rozumiesz głową od dawna. Ta część nigdy nie była problemem.

Wtedy zaczyna się zmiana, której nie da się zrobić samym wysiłkiem.
Z warunkowej wartości na stabilne oparcie w sobie.
Z ciągłego udowadniania na przyjmowanie własnych kompetencji.
Z patrzenia na siebie oczami dawnej wersji siebie — tej, która musiała zasługiwać, dowozić i nie sprawiać problemu — na możliwość zobaczenia kobiety, którą jesteś dzisiaj.

Jeśli to, co tu czytasz, brzmi jak opis Twojego wewnętrznego krajobrazu i czujesz, że to jest moment, żeby z tego wyjść, a nie tylko o tym czytać — zapraszam na rozmowę.

Zobaczymy, na jakim poziomie działa Twój mechanizm i co realnie ruszy go z miejsca.